Breaking

Post Top Ad

Your Ad Spot

wtorek, 13 stycznia 2015

Miejsca, w których znikają ludzie

Na Ziemi istnieje wiele „klonów” Trójkąta Bermudzkiego – miejsc złych, unikanych i słusznie owianych złą sławą. O niektórych, takich jak Diabelski Cmentarz koło wsi Karamyszewo, syczuańska Dolina Heizhou czy okolice góry Glastenbury w stanie Vermont, mało kto słyszał. Większości zaginięć lub zgonów, do jakich tam doszło, nigdy nie wyjaśniono. Historie te udowadniają, że prawda bywa niekiedy dziwniejsza od fikcji…

Trójkąt Vermoncki (na zdjęciu lasy w okolicy Bennington)


Hi­sto­rie za­gi­nięć w Trój­ką­cie Ver­monc­kim elek­try­zo­wa­ły ame­ry­kań­ską opi­nię pu­blicz­ną po II woj­nie świa­to­wej. W ciągu pię­ciu lat, po­cząw­szy od końca 1945 r., za­gi­nę­ło tam bez wie­ści kil­ko­ro ludzi. Kon­tro­wer­syj­ność spra­wy wzmac­niał fakt, że w kilku przy­pad­kach re­zul­ta­tu nie przy­nio­sły za­kro­jo­ne na sze­ro­ką skalę akcje po­szu­ki­waw­cze, zaś oko­licz­no­ści sa­mych za­gi­nięć były „co naj­mniej” dziw­ne.

In­cy­den­ty ogni­sko­wa­ły się w są­siedz­twie szczy­tu Gla­sten­bu­ry w pa­śmie Gór Zie­lo­nych, w hr. Ben­ning­ton (stan Ver­mont) – w oko­li­cy po­pu­lar­nej wśród tu­ry­stów. Pierw­szą ofia­rą był 74-let­ni, do­sko­na­le zna­ją­cy teren Mid­die Ri­vers, który z czte­re­ma ko­le­ga­mi w li­sto­pa­dzie 1945 r. wy­brał się na ryby. W dro­dze po­wrot­nej Ri­vers wy­prze­dził ich o ka­wa­łek i… prze­padł. Po­szu­ki­wa­nia trwa­ły mie­siąc, ale nie przy­nio­sły re­zul­ta­tu. Ko­lej­ną za­gi­nio­ną była uczen­ni­ca Paula J. We­lden (ur. 1928) – córka lo­kal­ne­go no­ta­bla, która 1 grud­nia tego sa­me­go roku wy­szła na spa­cer i już nie wró­ci­ła. W po­szu­ki­wa­nia za­an­ga­żo­wa­no FBI i pół ty­sią­ca ochot­ni­ków; wy­ko­rzy­sta­no też psy tro­pią­ce i śmi­głow­ce.

Trzy lata po za­gi­nię­ciu panny We­lden prze­padł bez wie­ści James E. Tet­ford, któ­re­go ostat­ni raz wi­dzia­no na przy­stan­ku au­to­bu­so­wym. Znacz­nie bar­dziej nie­po­ko­ją­cy był przy­pa­dek 8-let­nie­go Paula Jep­so­na. 12 paź­dzier­ni­ka 1950 r. chło­piec znik­nął z sie­dze­nia sa­mo­cho­du, gdzie na chwi­lę po­zo­sta­wi­ła go matka. Po­li­cyj­ne psy stra­ci­ły trop na prze­cię­ciu ulic na za­chód od Gla­sten­bu­ry…

Dwa ty­go­dnie póź­niej 53-let­nia Fre­ida Lan­ger, obo­zu­ją­ca na zbo­czu góry, znik­nę­ła w biały dzień w dro­dze do na­mio­tu. Lo­kal­ne wła­dze, chcąc prze­ciąć nić dzien­ni­kar­skich spe­ku­la­cji o związ­kach mię­dzy za­gi­nię­cia­mi, po­sta­no­wi­ły zna­leźć ko­bie­tę za wszel­ką cenę. Nie szczę­dzo­no środ­ków, jed­nak akcję za­koń­czo­no 11 li­sto­pa­da. Przy­pa­dek Lan­ger oka­zał się je­dy­nym, w któ­rym od­na­le­zio­no ciało za­gi­nio­nej osoby. W maju na­stęp­ne­go roku na jej zwło­ki na­tra­fio­no w po­bli­żu zbior­ni­ka So­mer­set. Zda­niem śled­czych nie było moż­li­we, by nie za­uwa­żo­no ich pod­czas akcji po­szu­ki­waw­czej.

Lo­kal­ni dzien­ni­ka­rze, któ­rzy zaj­mo­wa­li się za­gad­ką Trój­ką­ta Ver­monc­kie­go, po­sze­rzy­li listę jego ofiar. Zna­leź­li się na niej m.​in. trzej my­śli­wi, któ­rzy znik­nę­li w 1948 r. Pi­sarz Jo­seph A. Citro usta­lił z kolei, że góra Gla­sten­bu­ry uzna­wa­na była przez miej­sco­wych In­dian za ob­szar prze­klę­ty. Po­ja­wi­ła się też al­ter­na­ty­wa dla pa­ra­nor­mal­nych wy­ja­śnień za­gi­nięć – hi­po­te­za o za­bój­cy-kid­na­pe­rze, który po 1950 r. zmarł lub zo­stał schwy­ta­ny i dla­te­go lu­dzie prze­sta­li zni­kać…


Przełęcz Diatłowa (na zdjęciu sceneria Uralu)


23 stycz­nia 1959 r. grupa do­świad­czo­nych w gór­skich eska­pa­dach stu­den­tów Ural­skie­go In­sty­tu­tu Po­li­tech­nicz­ne­go w Swier­dłow­sku wy­ru­szy­ła na wy­pra­wę na górę Otor­ten. Do­wo­dzi­li nimi 23-let­ni Igor A. Dia­tłow oraz prze­wod­nik Sie­mion A. Zo­ło­ta­riow. 12 lu­te­go, po zej­ściu do wio­ski Wiżaj, mieli oni nadać do aka­de­mic­kie­go klubu te­le­gram o za­koń­cze­niu wy­pra­wy. Po­nie­waż tego nie uczy­ni­li, 20 lu­te­go na po­szu­ki­wa­nia wy­sła­no grupę ra­tow­ni­ków i ochot­ni­ków. Sześć dni póź­niej, na stoku są­sied­niej góry Cho­łat­cza­chl zna­le­zio­no roz­cię­ty od środ­ka na­miot ekipy Dia­tło­wa. Wy­glą­da­ło na to, że mło­dzi lu­dzie z niego ucie­kli (część boso), nie za­bie­ra­jąc ze sobą nic.

Wkrót­ce, na pół­to­ra­ki­lo­me­tro­wym od­cin­ku prze­łę­czy, mię­dzy obo­zem a po­bli­skim lasem, zna­le­zio­no pięć ciał, w tym Dia­tło­wa. Pod dużą sosną na­tra­fio­no na ślady ogni­ska, a po­ła­ma­ne na wy­so­ko­ści ok. pię­ciu me­trów ga­łę­zie su­ge­ro­wa­ły, że ktoś z grupy wszedł na drze­wo, by zer­k­nąć w stro­nę na­mio­tu. W maju zna­le­zio­no czte­ry ko­lej­ne ciała no­szą­ce cięż­sze ob­ra­że­nia. Lud­mi­ła A. Du­bi­ni­na miała po­ła­ma­ne żebra i prze­bi­te płuco, bra­ko­wa­ło jej też ję­zy­ka; Zo­ło­ta­riow miał rów­nież po­ła­ma­ne żebra wsku­tek sil­ne­go ude­rze­nia w klat­kę pier­sio­wą; po­dob­nie było z Ni­ko­ła­jem W. Ti­bo-Bri­no­lem, u któ­re­go do­szło też do pęk­nię­cia pod­sta­wy czasz­ki.

Tra­ge­dia stu­den­tów nie prze­szła w ZSRR bez echa, choć wiele fak­tów ujaw­nio­no do­pie­ro po la­tach. Wśród nich było to, iż ubra­nia nie­któ­rych ofiar były sil­nie na­pro­mie­nio­wa­ne. Do dziś spe­ku­lu­je się, co się wów­czas stało. Zgod­nie z re­la­cją wspi­na­czy, któ­rzy tam­tej fe­ral­nej nocy znaj­do­wa­li się nie­da­le­ko grupy Dia­tło­wa, nad gó­ra­mi widać było za­gad­ko­we „po­ma­rań­czo­we kule”. To samo mieli po­twier­dzić śled­cze­mu Ka­ra­te­je­wo­wi oko­licz­ni Man­so­wie.

Co cie­ka­we, Cho­łat­cza­chl w ję­zy­ku man­syj­skim ozna­cza „Umar­łą Górę”. Dla au­to­chto­nów jest to miej­sce za­ka­za­ne, oto­czo­ne złą sławą, gdzie – we­dług le­gen­dy – za­gi­nę­ła bez wie­ści grupa męż­czyzn. Ba­dacz tej spra­wy, Ana­to­lij I. Gusz­czin tra­fił na ślad innej hi­sto­rii, która rze­ko­mo zda­rzy­ła się na Cho­łat­cza­chlu kilka lat po tra­ge­dii grupy Dia­tło­wa. Zgod­nie z nią, nie­ja­ki Po­lia­kow – czło­nek ekipy ba­daw­czej, do­znał na­głe­go ataku pa­ni­ki, wsku­tek czego ukrył się w obo­zie. Kiedy się otrzą­snął od­krył, że jego ko­le­dzy nie żyją – kie­row­nik wy­pra­wy leżał twa­rzą do ziemi z bro­nią w ręku, a obok in­ne­go za­bi­te­go pło­nął na­miot. Spra­wę za­tu­szo­wa­no, a w ak­tach jako przy­czy­nę śmier­ci ba­da­czy po­da­no… ze­psu­te kon­ser­wy.

Inna hi­sto­ria przy­po­mi­na­ją­ca to, co przy­da­rzy­ło się stu­den­tom ze Swier­dłow­ska ro­ze­gra­ła się latem 1972 r. w Ala­kit w Ja­ku­cji, gdzie za­gi­nę­ła grupa geo­lo­gów. Oka­za­ło się, że z nie­wy­ja­śnio­nych przy­czyn roz­pru­li oni na­miot i ucie­kli w dzicz. Ich ciała zna­le­zio­no w od­le­gło­ści 2-3 km od obo­zo­wi­ska. Nie no­si­ły ze­wnętrz­nych śla­dów ob­ra­żeń.


Trójkąt Bermudzki (na zdjęciu TBF Avenger)




Naj­bar­dziej znana ze wszyst­kich „stref ano­mal­nych”, w któ­rych do­cho­dzi­ło do ta­jem­ni­czych za­gi­nięć, roz­cią­ga się mię­dzy Ber­mu­da­mi, ko­niusz­kiem Flo­ry­dy, a wschod­nim krań­cem Por­to­ry­ko. Trój­kąt Ber­mudz­ki nie ma jed­nak okre­ślo­nych gra­nic, jego nazwa nie fi­gu­ru­je w wy­ka­zach US Navy i nie obej­mu­je go nawet lista ob­sza­rów nie­bez­piecz­nych dla że­glu­gi au­tor­stwa WWF. Brak no­wych przy­pad­ków spra­wia jed­nak, że na temat ten spo­glą­da się dziś jak na współ­cze­sną le­gen­dę, co przez lata pró­bo­wał udo­wod­nić pi­sarz i pilot Larry Ku­sche (ur. 1940). Mimo to warto pa­mię­tać, że (obok licz­nych in­cy­den­tów na morzu) w Trój­ką­cie Ber­mudz­kim tuż po woj­nie do­szło do serii za­gi­nięć sa­mo­lo­tów, która po dziś dzień po­zo­sta­je za­gad­ką.

Naj­więk­sza ta­jem­ni­ca ota­cza znik­nię­cie pię­ciu TBF Aven­ger, które 5 grud­nia 1945 r. wy­le­cia­ły z bazy Fort Lau­der­da­le (Flo­ry­da) na lot tre­nin­go­wy. Po utra­cie kon­tak­tu z ma­szy­na­mi za­alar­mo­wa­no znaj­du­ją­ce się w po­bli­żu jed­nost­ki, a na akcję po­szu­ki­waw­czą wy­sła­no sa­mo­lot PBM-5, który ok. 19:30 prze­ka­zał ostat­ni ko­mu­ni­kat i… rów­nież prze­padł. Jed­ne­go dnia nad za­chod­ni­mi krań­ca­mi Trój­ką­ta Ber­mudz­kie­go znik­nę­ło zatem sześć woj­sko­wych sa­mo­lo­tów z 27 pa­sa­że­ra­mi na po­kła­dzie. Mimo żmud­ne­go i dłu­gie­go śledz­twa, losy tych ludzi po­zo­sta­ją nie­zna­ne.

30 wrze­śnia 1948 r. roz­po­czę­ła się ko­lej­na seria tra­ge­dii, która przy­czy­ni­ła się do roz­wo­ju czar­nej le­gen­dy Trój­ką­ta Ber­mudz­kie­go. Kie­ru­ją­cy się na Ber­mu­dy BSAA Star Tiger z 36 oso­ba­mi na po­kła­dzie za­gi­nął bez śladu nad Atlan­ty­kiem. 28 grud­nia tego sa­me­go roku, pod­czas koń­ców­ki lotu z San Juan do Miami, przy do­brych wa­run­kach po­go­do­wych, za­gi­nął na­le­żą­cy do Air­bor­ne Trans­port sa­mo­lot z 29 pa­sa­że­ra­mi. 20 dni póź­niej znik­nął BSAA Star Ariel z 20 oso­ba­mi na po­kła­dzie, le­cą­cy z Ber­mu­dów na Ja­maj­kę.


Azjatyckie strefy anomalne


We Wschod­niej Azji ist­nie­ją dwa mor­skie ob­sza­ry, z któ­ry­mi wiążą się mrocz­ne opo­wie­ści. Pierw­szy (o bli­żej nie­spre­cy­zo­wa­nych gra­ni­cach), zwany Dia­bel­skim Mo­rzem lub Smo­czym Trój­ką­tem, leży ok. 100 km na po­łu­dnie od Tokio. Zda­niem Char­le­sa Ber­lit­za (1914-2003) – ame­ry­kań­skie­go lin­gwi­sty, pi­sa­rza i spe­cja­li­sty od Trój­ką­ta Ber­mudz­kie­go, na Dia­bel­skim Morzu w samej pierw­szej po­ło­wie lat 50. ub. wieku za­to­nę­ło kilka ja­poń­skich stat­ków z łącz­ną licz­bą ok. 700 pa­sa­że­rów. Los taki spo­tkał m.​in. okręt ba­daw­czy Kaiyō Maru nr 5 z 31 oso­ba­mi na po­kła­dzie, choć w tym kon­kret­nym przy­pad­ku za ka­ta­stro­fę od­po­wie­dzial­ny był wy­buch wul­ka­nu Myōjin Shō. Drugi ob­szar, gdzie do­cho­dzi do czę­stych tra­ge­dii leży wokół Pe­ska­do­rów – od dawna uzna­wa­nych za „mor­skie cmen­ta­rzy­sko”. Ich zła le­gen­da od­ży­ła w 2002 r., kiedy na pół­noc od ar­chi­pe­la­gu do­szło do ka­ta­stro­fy chiń­skie­go sa­mo­lo­tu pa­sa­żer­skie­go.

W tam­tej czę­ści świa­ta miej­sca, gdzie lu­dzie zni­ka­ją bez śladu ist­nie­ją też na lą­dzie. Za­li­cza się do nich Do­li­na Czar­ne­go Bam­bu­sa (He­izhu) w chiń­skiej pro­win­cji Sy­czu­an – znana z mgieł, dzie­wi­czej przy­ro­dy oraz złej sławy. Jak pisze w książ­ce „Świa­ty Rów­no­le­głe” (wyd. 2001) ro­syj­ski ba­dacz zja­wisk pa­ra­nor­mal­nych, Wadim A. Czer­no­brow (ur. 1965), w marcu 1996 r. za­gi­nę­ła tam grupa woj­sko­wych kar­to­gra­fów. 10 lat póź­niej nie wró­ci­ła część innej eks­pe­dy­cji, choć ci, któ­rzy po­zo­sta­li przy życiu wspo­mi­na­li o mgłach i utra­cie po­czu­cia czasu. Wy­sła­ni na miej­sce ucze­ni z Chiń­skiej Aka­de­mii Nauk za­gi­nio­nych nie zna­leź­li, ale od­kry­li w do­li­nie wy­so­kie stę­że­nie tok­sycz­nych sub­stan­cji po­wsta­ją­cych wsku­tek roz­kła­du ro­ślin…


Autor: Piotr CielebiaśŹródło: Onet

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Post Top Ad

Your Ad Spot